Zamknij
REKLAMA

Z Niska na Ararat

06:57, 06.07.2021 | P.K
REKLAMA

Tomasz Oleksak z Niska - to on jest bohaterem dzisiejszej historii. Niegdyś Komendant Komendy Powiatowej Policji w Nisku, później radny Rady Miejskiej w Nisku, prywatnie pasjonat biegów długodystansowych, a teraz jak się okazuje również zdobywca szczytów górskich, takich jak m.in. najwyższego szczytu Afryki Północnej - Mt. Toubkal w Maroku czy alpejskiego Triglavu. Zapraszamy do przeczytania jego niezwykłej opowieści ze zdobycia najwyższego szczytu Turcji.

Obawiałem się tej wyprawy. A dokładnie samego trekkingu na Ararat. Zaledwie kilka dni wcześniej wróciłem ze wspinaczki na Grossglockner w Alpach, która skończyła się dla mnie zrujnowanym kolanem i nadgryzioną psychiką. Dosłownie dzień przed wylotem do Turcji przestałem kuleć, no i cóż, raz capowi śmierć , jadę!

A wszystko zaczęło się wiele miesięcy wstecz. Pandemia skróciła nam łańcuchy, ale nie poradziła sobie z trybem planowania. Kiedy więc towarzysz górskich wypraw, Tomek z miasta Łódź , zaproponował Ararat, nie zastanawiałem się ani chwili. Wyobraźnia szczodrze karmiła się niebanalną otoczką Góry. Przekazy biblijne o Potopie i Arce Noego, historia naznaczona wiekami cierpień milionów, egzotyka miejsca w tyglu światów, kultur i nacji. No i 5-tysięcznik. Gdybym wszedł, byłaby to moja pierwsza góra ponad tą barierą.

Uzbierało się nas jedenaścioro marzycieli. To nieznośnie trywialne, ale początek rodzi się w marzeniach. Dobrze jednak, gdy marzenia mają kontakt z podłożem Dlatego wszyscy mamy już mniejsze lub większe doświadczenie w górskich wojażach. Większa część dodatkowo biega, niektórzy nawet ultramaratony. To ważne, bo choć Araratu nie zdobywa się stylem alpejskim, to jednak wejście stanowi wyzwanie.

Góra to wygasły wulkan z lodową czapą. Wznosi się na około 4.400 m ponad otaczające równiny, co oznacza wybitność większą niż na Mount Everest!

Z Warszawy do Stambułu lecimy w szóstkę, pozostali startują z Wiednia i Bukaresztu.

Stambuł, wrota Orientu. Przylatujemy na potężne, nowoczesne lotnisko popołudniem, a samolot do Igdiru, naszego docelowego portu, mamy dopiero następnego dnia rano. Jeszcze w Polsce uzgodniliśmy, że nie będziemy waletować nocy na lotnisku, jedziemy do Stambułu przenocować w hotelu. Budżetowym, ale wszystkomającym. Przede wszystkim prysznic, klimę i wygodne wyro, czyli komfort o którym musimy zapomnieć na kilka następnych dni.

Wspólna kolacja i pierwsze zderzenie z czarodziejami sztuki handlu i gastronomii

W efekcie potężna micha żarcia została zjedzona może w połowie, a brzuchy już bliskie eksplozji No, to korzystając z dogodnego położenia hotelu toczymy się na spotkanie z historią. Już ciemno i późno, gdy docieramy do placu Sułtana Ahmeta, gdzie z jednej strony patrzy na nas tajemniczym, bisurmańskim okiem Błękitny Meczet, zaś z drugiej - z wyrzutem porzucenia Hagia Sophia, świątynia wiar różnych, tak jak różnymi wichrami historii smagane było Bizancjum/Konstantynopol/Instanbul. Ciepło nienachalne, modlitewne zawodzenia muezzina niezrozumiałe dla bladolicych giaurów, nic tylko siedzieć i wciągać klimat miejsca. Ale czas się kurczy, więc jeszcze tylko króciutki spacer nad nocnym Bosforem, piwko do snu i niech Morfeusz łaskaw będzie

Lecimy do Igdiru. Ciekawostka - Airbus A320 Turkish Airlines na koniec świata załadowany po brzegi, 180 miejsc, wolnego nie ma. A z Polski do Stambułu lecieliśmy najmniejszym Embraerem z floty LOT-u i to z obłożeniem w granicach 80 procent. Wakacje, lecimy do ulubionej destynacji turystycznej Polaków i takie coś. Pandemiczne "takie coś".

Igdir. Ostateczny wschód Turcji. Dalej już Armenia, Azerbejdżan i trochę dalej Iran. W Igdirze poznajemy całą grupę oraz Yakupa, naszego kurdyjskiego przewodnika z miejscowego biura, które od teraz przejmuje nad nami opiekę. Bo, o ile do tego momentu można radzić sobie samemu, to jednak na górę nie wejdziemy "na partyzanta". Jesteśmy w strefie zmilitaryzowanej, na rogatkach miast stoją wojskowe posterunki obłożone workami z piaskiem, wozy bojowe, żołnierze w hełmach, kamizelkach kuloodpornych i pełnym uzbrojeniu. Niedawno zakończył się konflikt zbrojny o Górny Karabach pomiędzy Armenią a Azerbejdżanem, nie wspominając o wojnie na wcale nieodległym pograniczu turecko-syryjskim. Gdzieś tu w górach schowane są bazy NATO. No i ten Iran, gracz nuklearny, państwo z łatką niedostępności. Serio, to nawet nie próbowałbym wyprawy na własną rękę.

Z Igdiru śmigamy busem do naszej bazy w Dogubayazit, niecała godzina drogi. To już tereny zamieszkałe w większości przez Kurdów, jeden z największych narodów bez własnego państwa. Zostawiamy depozyt w hotelu i jazda busem w kierunku Araratu. Obtłukujemy bezdroża, krajobraz pustynnieje, temperatura około 38 stopni. Mechanicznie docieramy do końca drogi, wysokość około 2.100 m.n.p.m. Stąd zaczynamy trekking do obozu pierwszego, który znajduje się na wysokości około 3.300, a trasa ma liczyć blisko 9 km. Zapowiada się więc w miarę łagodne podejście. Szybko kończy się szutrowa ścieżka. Wchodzimy na górską ścieżynkę, jak to górskie ścieżynki powywijaną srodze. Im bliżej obozu, tym coraz więcej stromych podejść. Po około 5 godzinach marszu jesteśmy w campie nr 1. Według wszelkich znaków, to tutaj musieliśmy minąć się z Ewą Wachowicz i jej ekipą, która tego dnia zdobyła Ararat. Gwiazdy nie widzieliśmy jednak, zbyt zaabsorbowani byliśmy już własną adrenaliną

Obóz pierwszy, to w istocie spore miasteczko namiotowe na rozległym i ostatnim płaskowyżu pod Araratem. Swoje bazy ma tutaj większość firm parających się obsługą turystyczną wspinaczek na Górę. Namioty są solidne, grubobrezentowe. Jest stołówka, woda, jest nawet generator prądu, można doładować komórki. Kto doniósł swój powerbank, ten przelicytował w kilogramach Jest też namiot wigwam, którego szlachetne przeznaczenie staje się coraz bardziej wiadomym w miarę zbliżania. W środku dziura w ziemi i obezwładniający smród. Zagłada jednak dopiero ma nadejść, choć o tym jeszcze nikt nie myśli...

Nazajutrz po śniadaniu plecaki na grzbiet i wymarsz do obozu drugiego. To najkrótszy dzień wspinaczkowy, ale Camp 2 położony jest na niebagatelnej wysokości prawie 4.200 m.n.p.m. Idziemy więc wolno, to ważne dla procesu aklimatyzacji organizmu do zmiany ciśnienia i zmniejszającej się ilości tlenu.

Po nieco ponad trzech godzinach meldujemy się w Campie 2. Tu już widoczne zmiany, nie tylko temperatury i siły wiatru, bo jest zimno i wieje na rympał. Krajobraz Mordoru, tylko grube, ciemne kamienie i kilka namiotów, surowo jak przed obliczem pani Dyrektor w podstawówce Narasta świadomość, że żarty się kończą. Ej, czy aby na pewno? Nie ma toalety, nie ma kibelka, nie ma niczego. Szukaj człowieku swojego szczęśliwego kamienia. A wiatr się wzmaga, targa wściekle cieniutkim poszyciem namiotu, wyje jak armia potępionych. No, więc wyłaź z tego lichego azylu i własnej strefy "komfortu" i myśl, co pierwsze huragan Ci oderwie - głowę czy d... ę, a obie części wystawić z namiotu musisz

Pobudka o 1.10. Jakieś dwie godziny snu w tym wariactwie uzbierałem, nie jest źle. Zbieramy się w największym namiocie na posiłku. Napełniamy termosy i bukłaczki herbacianym wrzątkiem i przy akompaniamencie oszalałego wiatru ruszamy ku przeznaczeniu. Yakup idzie pierwszy. Jako najstarszy i rezerwujący sobie prawo do słabości idę drugi, potem reszta ekipy. Wolniutko, krok za krokiem, zakos za zakosem, odzieramy Górę z wysokości. Do cna wyziębiony doświadczeniem z Grossa, tym razem mam na sobie 5 warstw odzieży i wcale nie czuję przegrzania. To wina huraganu, który ryczy na nas jak Kraken i nicuje zimnem do ostatniej kosteczki. Gdy zakos ustawia nas plecami do wiatru jest chwila ulgi, ale gdy wieje w twarz, to niech to jasny szlag i wszyscy święci! Mam podwójne rękawiczki, ale czuję jak mrożą mi się palce. Yakup, błogosławiony Yakup, wyjmuje z plecaka zapasową parę - niechybnie ratuje moje palce i misję wejścia

Mijamy po drodze wspinacza z Gruzji wraz z przewodnikiem. Gruzin ma problemy, idzie mizernie, przystaje co chwilę, wymiotuje.

Robi się jasno. Jestem wyczerpany, ale dochodzimy do krawędzi lodowca. Parę łyków gorącej herbaty i świadomość, że szczyt chowa się już tylko za ostatnią przeszkodą, dodają mi małpich sił. Zakładam raki i idę po lodowcu jak ożywiony zombiak W oddali widzę punkciki ludzkich sylwetek i... szczyt!

Tuż przed nim doganiam ogon tej grupy i widzę koszmarne problemy jednej z uczestniczek. Ostatnie metry jest wprowadzana pod ramiona przez przyjaciół, co kilka kroków zalega na śniegu, łapie powietrze jak ryba i znów kilka metrów z pomocą przyjaciół. Ale jest zaopiekowana, nic więcej zrobić się nie da. Spotykam ją potem dwukrotnie na zejściu, wszystko więc skończyło się dobrze.

Ostatnie kroki. Są emocje. Jestem! 5.137 m.n.p.m. Mój rekord wysokości i pierwszy pięciotysięcznik. Atak szczytowy z obozu drugiego trwał łącznie 4 h 47 minut. To bardzo dobry czas. Kilka zdjęć na szczycie. Jest tam metalowy pręt z flagą Turcji i tabliczka z wysokością 5.165. Poza tabliczką nie znalazłem żadnych źródeł na potwierdzenie tej wysokości, ach te mocarstwowe ambicje

Ararat zdobywa się trekkingiem. Jak już wspomniałem, nie ma cech wspinaczki alpejskiej. Ale z szacunku dla tych, którzy weszli przede mną, wejdą po mnie oraz szczególnie dla tych, którzy próbowali lecz nie zdołali wejść - muszę jasno określić. Wejście na szczyt Araratu jest osiągnięciem! Wymaga dobrej kondycji, mocnej psychiki i determinacji oraz starannego przygotowania sprzętowego. Może zaskoczyć różnymi objawami choroby wysokościowej, np. młody i mocarny kolega sikał krwią, a uporczywe bóle migrenowe po dojściu do Campu 2 odczuwała większość z nas. My weszliśmy wszyscy, ale dwie grupy przed nami nie zdołały wejść na szczyt. I to nie jest żaden powód do wstydu.

Zejście wcale nie było łatwiejsze mimo, że krótsze czasowo. Łatwo o nierozważny krok, sam raz zaliczyłem spektakularny upadek podparty krzykiem przerażenia Piszę, więc przeżyłem Schodziliśmy już na sam dół z krótkimi odpoczynkami w campach. Trip tego dnia wyniósł około 15 godzin. Mój stan fizyczny nadawał się już tylko do szpilek z anatomii dla studentów medycyny

Został nam dzień rezerwowy, bo weszliśmy na górę za pierwszym razem. Wykorzystaliśmy czas na zwiedzanie najbliższej atrakcji turystycznej, czyli pałacu Ishak Paszy. To raptem dwie godziny z dojazdem w obie strony, więc później tango w miasto A szliśmy naszą bladoróżową nacją niczym śnieżna lawina w ciemnokamienistym żlebie, wzbudzając sensację równą dobrej książce Remigiusza Mroza

Milczenie potrafi zbudować mur, słowo potrafi mur skruszyć. Działy się więc rzeczy dobre, kojące i niespodziewane Lecz jak to ujął kolega Tomek - co się działo w Dogubayazit, zostaje w Igdir! I ja to bardzo szanuję, więc już pożegnam się z Państwem

To była piękna przygoda

 

(P.K)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
0%