Do naszej redakcji trafiło przedsądowe wezwanie wystosowane przez pełnomocnika byłego już urzędnika Urzędu Gminy i Miasta w Nisku, który usłyszał zarzuty korupcyjne. Autor pisma domaga się usunięcia materiałów, zaniechania rzekomych naruszeń oraz zapłaty 20 000 zł zadośćuczynienia.
Niestety, tym razem "wylosowało się trudne" i Pan były urzędnik będzie musiał żyć z konsekwencjami tej decyzji. Otóż we wskazanym w piśmie materiale prasowym nie ma zdjęć ani nagrań z zatrzymania urzędnika, nie ma nawet jego inicjałów, czy zajmowanego stanowiska w urzędzie. Co więcej, takie materiały nie były publikowane również w innych miejscach naszego portalu. Innymi słowy: redakcja została wezwana do usunięcia treści, których nie opublikowała.
A to że był wyprowadzony w kajdankach, to też nie nasza wina!
poniżej odnośnik do przedmiotowego materiału:
~artykuł, o który chodzi w piśmie: ::news{"type":"see-also","item":"12257"}
Co do zasady, można zrozumieć, że osoba, której dotyczy postępowanie, ma prawo bronić swojego wizerunku, prywatności i domniemania niewinności. Media oraz instytucje publiczne muszą zachowywać ostrożność, zwłaszcza gdy publikacja dotyczy osoby, wobec której postępowanie jeszcze się toczy. Tyle że ta argumentacja mogłaby być kierowana do podmiotu, który dane materiały rzeczywiście opublikował. W przypadku nizanskie.info ten warunek po prostu nie zachodzi.
Zamiast więc precyzyjnego działania prawnego powstało pismo, które wygląda jak strzał oddany w kompletnie niewłaściwym kierunku. Były urzędnik, który już wcześniej znalazł się w centrum sprawy korupcyjnej i usłyszał zarzuty, tym razem próbuje obciążyć redakcję odpowiedzialnością za materiały, których redakcja nie zamieściła. Takie działanie jest nie tylko pozbawione podstaw, ale również zdrowego rozsądku.

Jak ustaliliśmy, podobne żądania miały trafić również do Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie. Policjanci wskazują, że przy publikacji materiałów stosowane są standardy anonimizacji i ochrony danych osobowych. Twarze zostały zamazane, a materiały nie zawierają imienia i nazwiska zatrzymanego. Ewentualna identyfikacja po spodniach, butach czy sylwetce to argument co najmniej dyskusyjny, zwłaszcza gdy mowa o materiale policyjnym dotyczącym osoby pełniącej istotną funkcję w urzędzie i podejrzanej o przestępstwo korupcyjne.
Najbardziej kuriozalny pozostaje jednak fakt, że redakcja otrzymała pismo zawierające pełne dane osobowe byłego urzędnika, w tym adres zamieszkania i wzór podpisu. Tym samym autorzy wezwania sami przekazali nam informacje, których wcześniej nie posiadaliśmy i których wcale nie potrzebowaliśmy.
~artykuł, o który chodzi w piśmie
::news{"type":"see-also","item":"12257"}
Cała sytuacja rodzi więc pytanie: czy mamy do czynienia z realną ochroną dóbr osobistych, czy raczej z próbą wywarcia presji na media, zaniechania legalnych czynności, a może nawet wyłudzenia znacznej kwoty od podmiotów, które opisywały sprawę ważną z punktu interesu publicznego? Bo czym innym jest domaganie się ochrony prywatności, a czym innym żądanie 20 000 zł od redakcji, która nie opublikowała materiałów będących przedmiotem sporu.
Dlatego nie możemy usunąć materiałów, których nie opublikowaliśmy, i nie zamierzamy płacić za cudze publikacje. Sprawa byłego urzędnika pozostaje sprawą publiczną, a próba przerzucenia odpowiedzialności na redakcję zaczyna przypominać klasyczny efekt Streisand, tj. żądanie usunięcia publikacji i bzdurne zadośćuczynienie sprawiło jedynie, że temat ponownie wrócił do debaty publicznej, tym razem już nie tylko w kontekście zarzutów korupcyjnych.
Były urzędnik niestety musi sam wziąć odpowiedzialność za własne problemy, a nie zmuszać innych do wypicia piwa, które sam naważył.
Ta sytuacja stawia również pytania o rzetelność samego wezwania. Trudno bowiem zrozumieć, jak profesjonalny pełnomocnik mógł podpisać dokument dotyczący materiałów, które w rzeczywistości nigdy nie zostały opublikowane przez wskazaną redakcję.
Jeśli już kieruje się przedsądowe wezwania wypadałoby przynajmniej sprawdzić, czy ich adresat faktycznie ma z tym coś wspólnego.
